Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haibun. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą haibun. Pokaż wszystkie posty


* Gwiazdka * babci Barbary

Nie trzeszczące kości, słaby wzrok, ani drżące ręce, opuchnięte stawy.
Suszone śliwki, grzyby, sernik, barszcz, uszka...
w tym dniu tym pełniej, im więcej ich było, ciało przez chwilę składa się z potraw
i jeszcze bardziej boli, ach, jak boli wielkie serce z pierniczka.


wigilijna noc
do kołyski za babcią
zapach choinki

Zdjęcie z internetu




* Wieczór pustych kapci *
i bajanie babci Barbary



- Babciu, a ja nienawidzę swojej nowej mamy i już! - wykrzyczała
nieoczekiwanie dziewczynka, kiedy kończyły jeść kolację.
- Dziecko, daj im się sobą nacieszyć. Tatuś jest jeszcze zbyt młody,
żeby resztę lat przeżyć sam.
- Przecież ma ciebie i mnie.
- ‎Ja niedługo odejdę, a i ty dziecko znajdziesz kogoś i pójdziecie swoją drogą.
Mówiąc to babcia wykręciła numer syna:
- Uwierz, że tatuś ciągle nas kocha i sama z nim porozmawiaj.
Zapytaj jak się czuje i czy podoba mu się Wenecja.
A przede wszystkim powiedz, że tęskni...
("abonent chwilowo niedostępny albo ma wyłączony telefon... abonent chwilowo...")
- Wiesz co, lepiej poczekajmy z tym do rana. Teraz pora już spać.


stary dom
moja nowa żona
zmienia psa

Ilustracja:
"Staruszka z psem na fotelu" - Švabinsky, Max (1873-?) grafik;
Zbiory on-line Gabinetu Rycin Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego





* Masz nową wiadomość *
czyli babcia Barbara i laptop

- Katastrofa lotnicza, która 11 lutego wydarzyła się nad Moskwą wstrząsnęła mnóstwem osób...
Nie przerywając czytać na głos, babcia poprawia koc na chorej wnuczce.
- ... ‎Samolot, który wystartował ze stolicy Rosji, runął na ziemię po niespełna 4 minutach lotu.
Wśród podróżujących do Orska znajdował się uralski jasnowidz, Ilja Stawski.
Jego partnerka powiedziała dziennikarzom, że mężczyzna przeczuwał zbliżającą się katastrofę...
Babcia urywa i zamyśla się.
- Babciu, ale ty wiesz wszystko, prawda?
- ‎Tak, dziecko. Teraz i to, że do czasu.

skleroza
jasnowidz zapomniał
przyszłości







* Światłoterapia babci Barbary *

- Dość słuchania tych konowałów! Przykryj się, ale porządnie -
powiedziała babcia i otworzyła okna wpuszczając do pokoju światło.
- Kiedy promienie dotrą poprzez oczy do twojej kory mózgowej,
zostaną uruchomione naturalne mechanizmy obronne organizmu.
Od dziś nadal zastrzyki, ale z wiosennego słońca!
- Babciu, a dlaczego masz takie duże oczy?
- ‎Pobudziło się we mnie wydzielanie hormonów i enzymów,
a dziadek jak wiesz, nie żyje od lat. Ale na razie,
póki sama masz dopiero jedenaście, nie dotyczy cię jeszcze
ten uboczny aspekt, dziecko.


wyjście z ciemności
bezbarwne kształty wiśni
rozkwitły różem

Zdjęcie z internetu





Koła Fortuny 

Nie lubiliśmy tego sąsiada z Ojcem. Zwłaszcza On, zanim odszedł ze swoją zazdrością, 
zostawiając mi w spadku samo nielubienie. 
Nie lubiłem tego, gdy Matka zaniemogła, a ja musiałem na kilka dni wyjechać, 
że robił Jej zakupy. 
Nie lubiłem, kiedy wracałem, pytań przy przypadkowych spotkaniach, 
jak Ona się czuje?
Coraz mniej sam Ją miałem, by dzielić się kochaną resztką z obcym szczerą odpowiedzią.
Już po wszystkim, gdy dowiedziałem się o jego złym stanie, poszedłem go odwiedzić.
Z mojego nielubienia zostało tyle, ile z zazdrości Ojca,
więc zostawiłem sąsiadowi tamtego wieczoru to, co zawsze toczyło
nasze oddzielne losy w tę samą stronę.

trzecia rocznica
sąsiad z chryzantemami
na wózku matki






* Nocny świadek *

- A pan coś zauważył? - zapytał oficer z dochodzeniówki i szybko się zreflektował.
- O, przepraszam. Zawodowy nawyk.
Niewidomy przetarł wyjętą z kieszeni brudną chusteczką ciemne okulary.
- Tak, wyglądałem akurat przez okno.
- Przecież dozorczyni zeznała, że było zupełnie ciemno, bo jakiś łobuz stłukł latarnię.
- Wiem. Nie skwierczała żarówka, a przecież siąpił deszcz. To ten sąsiad z trzeciego, ma taką charakterystyczną zadyszkę. Kręcił się tu już dobre pół godziny wcześniej, potem ucichła żarówka, a jego oddech został. Nawet zaczął przyspieszać, jakby czymś się denerwował.
- Ciekawe... - oficer popatrzył z podziwem na niewidomego.
- Widział pan... to znaczy, słyszał pan coś jeszcze?
- Tę dziewczynę w czerwonej sukience z ELLE. Miała ją pierwszy raz na sobie.
Klasyczka - talia 60, biodra 90, obwód piersi 90 cm. Koło latarni szelest jej pantofelków, jakieś 49 kg, zamienił się w przyspieszające człapanie, dobre 98 kg tego z trzeciego.  






















* Chmurka *

Kałuże, to chmury na ziemi, więc tu i na niebie bywają podobne wyjątki.

Kiedyś na wakacjach u wujostwa zauważyłem, że jedna z chmur zachowuje się inaczej niż pozostałe. Nie płynęła razem z innymi ani na zachód, ani na południe, tylko po prostu wisiała zakotwiczona nad studnią, jeszcze taką z żurawiem. Co z tego, że bywały dni bezchmurne, skoro ta jedna mała chmurka krążyła jak zwykle na błękitnym niebie.
Kiedy powiedziałem o chmurce wujowi, popatrzył jakby ją pierwszy raz w życiu widział i tylko ramionami wzruszył. Wówczas postanowiłem napisać o niej do jakiejś poważnej gazety, podpierając dziecięce słowa imieniem i nazwiskiem wuja.
Przejechał taki jeden z Trybuny Ludu, popytał tego i tamtego, czy od dawna to tak sobie tu wisi, zrobił kilka zdjęć i nic, nawet nie wydrukowali. Co innego, gdyby chmurka wisiała nad Kremlem, ale ta nad studnią małej wsi gdzieś koło Płocka nikogo nie interesowała i nieważne, że kiedy padał deszcz, albo błyskawica za błyskawicą rozświetlała niebo, tylko ta jedna chmurka nie brała w tym udziału.

Skończyły się wreszcie wakacje, wróciłem do domu i pod pretekstem podziękowania za gościnę wysłałem wkrótce do wujostwa pocztówkę z widokiem iglicy Pałacu Kultury na tle zachmurzonego nieba i podchwytliwym postscriptum: A jak tam chmurka nad naszą studnią?

Po tygodniu dostałem list, że nie ma za co, przyjeżdżaj kiedy tylko będziesz chciał i ani słowa o chmurce.
Póki co rosłem, biłem się z chłopakami o dziewczyny, przeklinałem i puszczając dymek za dymkiem z podkradanych ojcu Carmenów, coraz rzadziej myślałem o chmurce nad studnią wujostwa. A właściwie, coraz usilniej starałem się o niej nie myśleć. W końcu człowiek w pewnym wieku nie powinien dopuszczać do siebie myśli o chmurkach, które nie podlegają prawom przyrody i wisząc nad studnią, nawet jednej kropli nie uronią nad swoją niesamowitością.

 Toteż, kiedy po latach zabrałem żonę i naszego małego synka na wieś do podstarzałego, samotnego już wuja, puściłem mimo uszu słowa: - Tato, tato... zobacz, jaka dziwna chmurka wisi nad studnią?
Tylko żona, zaskoczona, popatrzyła w pierwszej chwili na punkt, który wskazywał paluszek dziecka, aby szybko, jakby nigdy nic, wrócić do rozmowy o wierszach z tamtejszą poetką. Ale ja poznałem od razu, że sama musiała znać z młodych lat podobne chmurki!
O, jakże lekko zrobiło mi się na sercu, jak raźnie, mając odtąd bliskich i w tym świecie, który nie powinien istnieć.


tylko ty i ja
znowu pytasz dla kogo
ten pierścionek pod choinką






* Gwiazdka *


Nie trzeszczące kości, słaby wzrok, ani drżące ręce, obolałe stawy.
Suszone śliwki, grzyby, sernik, barszcz, uszka...
w tym dniu tym pełniej, im więcej ich było, ciało przez chwilę składa się z potraw i jeszcze bardziej boli, ach, jak boli wielkie serce z piernika.


wigilijna noc
do kołyski za babcią
zapach choinki






* Wrony *


Pierwszy szron, ostatni raz starzec na spacerze
o czym na razie wiem tylko ja. Tymczasem on
kaszle, odzywa się stary ból pod lewą łopatką,
ale rusza dalej obchodząc dwie wrony na ławce.

Gdyby umieć zmieniać rzeczy wymyślone
zanim same nabiorą tempa, gdybym nagle
ostrzegł starca w myślach i przez chwilę
usiadłby na ławce - dokąd odlecą te dwie

siwe wrony?

mroźny dzień
zamek w moich drzwiach
zmienił wzór


















* Tchnienie *

Podniosła filiżankę i wydawszy głośne "sssss..."
omal nie upuściła jej na podłogę.
Sparzyła usta, choć kawa już od dobrej godziny stygła na biurku.
Nieco zdziwiona, postawiła z powrotem filiżankę na dębowym blacie
obok śpiącego w jeszcze dziwniejszej pozycji niż rosło za dnia
poskręcanego drzewka bonsai, a potem, wysunąwszy z długopisu
jadowy koniec zielonego wkładu, wróciła do wiersza.

Za oknami, to znaczy na zewnątrz tego, co kiedyś było oknami
jednej z piękniejszych posesji przy ul. Księżycowej,
zebrany tłum patrzył, jak strażacy dogaszają rozżarzone zgliszcza domu.
Tu i ówdzie, w powiększających się z każdą chwilą
rozlewiskach ciemności, księżyc snuł się po swojej ulicy
szukając okna, przez które co noc wkradał się do sypialni
i delikatnie dotykał jasnych włosów dziewczyny.


zdjęcie z Newsweeka --
w powybijanych oknach
otwarte usta












Zdjęcie pochodzi z internetu.





  * Sowa *

Sowa miała żółte, fosforyzujące źrenice.
Odbijały się w nich przedmioty wypełniające wnętrze stodoły,
a poza nimi wszystko zatonęło w ciemnościach
pozostawiając po sobie jedynie niewyraźne wraki dziennych kształtów -
blade kikuty przedmiotów wystające tu i ówdzie
z opalizującej, jak doskonale dojrzała czarna brzoskwinia, nocy.
Od unicestwienia razem z rzeczami chronił nas smak potu i zapach nagich ciał,
niczym maleńka wysepka zasnuta wonnymi mgłami świeżo skoszonego siana,
do której trzeba instynktownie dopłynąć przyspieszonym oddechem,
gwałtownym biciem serc i drżącymi opuszkami palców, jeśli chce się istnieć dalej.

Sowa patrzyła na nas jednym ze swoich wielkich, mądrych oczu,
zamykając przy tym drugie, i w lewym zawsze widoczna byłaś ty,
a w prawym odbijałem się tylko ja.
Tuląc się rozpaczliwie do siebie, wyrzuceni na brzeg wszelkiej oczywistości,
wdychaliśmy tę samą noc, a ptak mrugał i mrugał swoimi wielkimi oczami,
ciągle zapominając o jednym z nas.

- Dotknijmy jej... Dotknijmy, a wówczas otworzy obie powieki naraz
i będziemy widzieć się leżących obok siebie - szepnęłaś do mojego ucha,
a ja uniosłem się i delikatnie musnąłem dłonią skrzydło sowy.

Na chwilę ptak zamknął oczy i poczułem, jak twoje włosy zapachniały sianem,
a siano dookoła mnie i pode mną staje się twoimi włosami.
Wolno, jakby ktoś otwierał zamek w starych i rzadko używanych drzwiach,
sowa otwierała powieki. Kiedy wreszcie otworzyła je na oścież -
obie jej źrenice były puste.







    * Meble *

    Do dzisiaj nie wiem co mną kierowało, gdy wchodziłem do tego domu, ostatniego przy drodze
    w nieznanej, nadmorskiej wsi.

    Kiedy zagłębiałem się w sień, chłodną i wilgotną, ciało przebiegł dziwny dreszcz,
    lecz na przekór   przeczuciom wyciągnąłem rękę i po omacku  namacałem klamkę.
    W wyłaniającej się stopniowo z ciemności izbie paliła się gromnica, powietrze przesiąknięte
    było wonią kadzidła i dziwnym, intensywnym zapachem suszonych ziół.
    Naprzeciwko ledwie widocznych, zasłoniętych grubą storą okiennych ust, kilka ubranych
    na czarno kobiet modliło się klęcząc przed wiszącym na ścianie, rozświetlonym płomieniem
    obrazem Matki Boskiej.   

    Któraś z nich odwróciła głowę w moim kierunku, wypatrując czegoś intensywnie, a potem
    zaczęła  głośno szlochać. Wówczas inna, bardzo do niej podobna - choć możliwe, że tylko
    tak mi się wydawało z powodu półmroku - objęła tamtą ręką i powiedziała cichym, ciepłym
    głosem:
    - Istnieje jeszcze cień szansy, dopóki morze nie wyrzuci...
    Tu, jakby bojąc się dokończyć, urwała, a zresztą płacząca, tak samo jak zaczęła,
    przestała tak raptem szlochać i wszystkie kobiety w pokoju, jakby na dany potajemnie znak,
    wzniosły ręce do Obrazu pogrążając się na powrót w modlitwie. 

    Rozejrzałem się uważniej: ciężki stół z rozczapierzonymi bezładnie wokoło krzesłami,
    landara szafa, z prawej strony pod kredową ścianą szerokie łóżko przykryte ciemnokrwistą
    kapą i wisząca nad nim, nierozpoznawalna z miejsca w którym stałem, duża fotografia
    w rozmigotanych czerwono-żółto ramach.
    Ogarnęło mnie dziwne uczucie. Wszedłem do tego obcego, ciemnego pokoju prosto
    z zalanego słońcem dnia, te kobiety modlące się żarliwi i nie zwracające na mnie uwagi,
    wsłuchane tylko w swój ból, jak gdyby żaden żywy człowiek nie mógł już bardziej ich zranić,
    czy w jakkolwiek sposób im pomóc, odwrócone do świata i ludzi tyłem...
    I nagle ogarnęło mnie przerażenie, że to jakiś koszmar i może sam umarłem, jestem już tylko
    cieniem błądzącym wśród zrozpaczonych, oddzielony od nich murem nierozpoznawania
    bliskich miejsc i twarzy?
    Pełen niesamowitych myśli odwróciłem się szybko i zatrzaskując głośno drzwi,
    przebiegłem sień.

    Na zewnątrz przywitał mnie szum drzew zaczesanych jesienną modą, słotne lusterka
    wczorajszej ulewy rozpryśniętej o pobocza wieczornie błąkającej się chmury, a pod płotem
    przekrzywiony wróbel na studziennym wiadrze - wygodne meble zwyczajnego dnia.


    światło latarki
    Jezus na starej ikonie
    mruży oczy


    


















Zdjęcie pochodzi ze strony http://nadrewniepisane.pl/images/products/ikony_pisane/ikona_jezus_ukrzyzowany_2/Ikona_Jezusa_ukrzyzowanego_1.png


 


 * Czaty *

Czy mogłabym Mu przysłać swoje aktualne zdjęcie... - powtarzała
już któryś raz to tu, to tam poprawiąc zielony makijaż na wyniszczonej skórze.
Po jednej i po drugiej stronie trzęsła się ziemia, tsunami wdzierało się
głęboko w pory ludzkich miast, nawilżając podstarzałą cerę.
Kilka obrotów wokół Słońca i może się z nim nawet spotkać!
Po miliardach lat należy jej się chwila zapomnienia, a potem
niechby i kolejny nieślubny Księżyc uczepi się na zawsze błękitnej kiecki.



ostatnie zdjęcia
Photoshop zawiesza się
na moich zmarszczkach















https://youtu.be/95-wOyjojwI






 * Zgubiony *

- Kawałek. Jeszcze kawałek. Dosłownie kawałeczek...
Poznana na karuzeli wesołego miasteczka piękna dziewczyna ciągnęła mnie coraz głębiej w las.
- Gdzie ty w końcu mieszkasz? - zapytałem nieco zaniepokojony.
- Już niedaleko. Zaraz zobaczysz... - obdarzyła mnie jednym z tych uśmiechów, po którym nawet największy tchórz czuje, i to nieźle, że jest przede wszystkim mężczyzną.
Szedłem za nią już bez słowa, chłonąc zapach rozgrzanego żądzą ciała.
- Jeszcze kawałek. Prawie jesteśmy. Jeszcze tylko jeden kawałeczek... - mówiła co jakiś czas, gdy pytałem, gdzie mieszka. Jej uśmiech za każdym razem uśmierzał mój niepokój, choć wszysko było mi coraz bardziej obce. Konstelacje na niebie i światełka prześwitujące pomiędzy koronami drzew, kiedy samoloty... Zaraz, jakie samoloty... przecież tu nic się nie zgadza - myślałem z coraz większym niepokojem. Nawet te fragmenty ciała, które widziałem leżące cały czas przed nami, choć dawno je minęliśmy, a ona, kiedy chciałem zawrócić, szeptała
- Kawałek. Jeszcze kawałek. Dosłownie kawałeczek... ciągnąc mnie coraz głębiej w las.


na nocnym niebie
samoloty i gwiazdy
-- droga do domu













https://youtu.be/8F5VQnMYtw8




 * Biały fortepian *

Istnieje w jesieni punkt, punkt jak skrzyżowanie dwóch prostych
równoległych względem siebie, znany tylko idiotom i poetom,
którzy nie ulegli jeszcze stylowym salonikom.
W punkcie tym, wszędzie tak samo jesiennym, na opustoszałych polach
zbierają się wieczorem w olbrzymie gromady czarne fortepiany
i każdy gra to, co zapisały przez całe jego koncertujące życie
dłonie pianistów dotykając klawiszy.

Na odległość szpili mrozu przed pierwszym śniegiem
pojawia się wśród nich biały fortepian,
ten sam, który po ostatnim koncercie Chopin wypuścił na wolność.


mglistym porankiem
zakładam okulary
... znajomy widok














https://m.youtube.com/watch?v=JpjBFvmJ9Ws


___________

Zdjęcie pochodzi z internetu.





* Głód *

Ożeniłem się z prawdziwym skarbem.
Pokaźne konto było niczym przy mojej jaskółeczce pierwszej miłości,
wildze zmysłowych nocy i skowronku radosnych, szczęśliwych dni.
Mijał rok za rokiem, aż po kilku niewiele zostało z dawnych pieniędzy.
Strach przed nędzą i porzuceniem jej przez mojego ukochanego ptaszka
coraz częściej zaglądał mi do oczu.

Znikały najpiękniejsze pory roku, aż w końcu została tylko jedna.

zimowe pole
wróbel dziobie kieszeń
stracha na wróble




Marek Sztarbowski / Magdalena Banaszkiewicz





   Śladami ciszy

Bzzzz... szszsz... A teraz? Raz, dwa, trzy...
- sprawdzam aparat słuchowy przyjaciela i zastanawiam się,
co można wiedzieć o szumiących delikatnie źdźbłach traw na łące, szemraniu fali o piaszczyste łachy, tajemniczych pluskach nocnej wody i ciszy po liściach, kiedy już opadną z drzew. Pamiętać dźwięki przez ciszę, jak ostanią rozmowę z kimś, kiedy już go nie ma.


szukając ścieżki --
tam gdzie słuchałem świerszczy
spod nóg skrzypi śnieg



Videohaibun


   Zwykłe, zewnętrzne lustro potrzebne jest człowiekowi do przeprowadzenia korekty sylwetki, uczynienia twarzy piękniejszą przynajmniej we własnych oczach. Wewnętrzne, o ile nauczymy się już zaglądać od czasu do czasu w głąb siebie, działa podobnie.
Mnie nauczyło brać poprawki na ból i cierpienie, krew niewidoczną do tej pory,
bo nikt mnie nie wychował w miłości do zwierząt.
Nie miał na to czasu, sam o tym nie wiedział... Pies to był pies, kot to kot - jak chmura,
lub pagórek wypełniające przestrzeń dla urozmaicenia.
Kiedy pojechałem po raz pierwszy na wakacje do wuja Alberta, brata ojca,
w budzie obszczekał mnie pies. Zwykły, żółty kundel. Nie żaden tam,
dajmy na to słynny wtedy serialowy Szarik - śliczny i mądry jak człowiek.
Nazwisko Pimpek też nosił idiotyczne i nawet nie miało numeru porządkowego,
choćby Pimpek 102, syn stopierwszego.
Serce Pimpka podbiłem, zabierając go co wieczór na przyleśne gonitwy za zającami po morzu  saradeli. Psisko przykładało się do tego tak, jakby pragnęło zdechnąć w biegu, z wywalonym o metr do przodu jęzorem. Zmęczeni kładliśmy się w ostatnich promieniach słońca, zasłuchani w odgłosy nadciągającej nocy. Potem Pimpek wracał na łańcuch.
Któregoś dnia miałem konflikt z miejscowym chłopakiem, starszymo parę lat. Wziąłem sobie do  pomocy Pimpka, ale tchórzliwie zrejterował i to było moją większą porażką od tej cielesnej.
Pimpka znalazłem schowanego w budzie. Wywlokłem go i przyłożyłem mu sznurkiem. Wtedy on mnie ugryzł. To ja znów go przez grzbiet, a Pimpek dziab! mnie w łydkę...
Wieczorem, jakby nic się nie stało, poszliśmy na łąki. Ganialiśmy zające, a potem oparci o siebie, długo odpoczywaliśmy w szumie zbliżającej się nocy. Rano znowu o coś nam poszło, chyba o to, że na widok wuja Alberta, Pimpek nawet na mnie nie spojrzał?
Próbowałem mu wyperswadować, kto teraz jest jego panem i jak wczoraj dyskusja zakończyła się na skomleniu i plastrach. Lecz, kiedy nadciągnął zmierzch, pomimo wcześniej rzuconych gróźb odwiązałem psa i już w zgodzie rozganialiśmy długouche wiatry.
Po latach, kiedy wróciłem na wieś, by wziąć udział w smutnej ceremonii zakopania w jesieni wuja Alberta, już po wszystkim poszedłem zajrzeć, jaki to nowy pies pilnuje teraz dobytku?
Pimpek musiałby mieć ze dwadzieścia parę lat, bo kiedyś już nie był młody. Zresztą, kto na wsi trzyma niepotrzebnego psa... To nie dom starości bezradnych zwierząt.
Przywitał mnie czarny, groźny wilczur wyszczerzonymi zębiskami i charkotem,
od którego nie tylko jemu jeżyła się sierść. I nagle, z wielkiej budy wyczołgał się... Pimpek!
Stare, półślepe psisko z wychudłą szczęką, która zadała mi tyle ran i skaleczeń.
Poznał mnie i na chwiejnych łapach podszedł polizać po ręku, a wtedy Nowy
z szacunkiem zostawił nas samym sobie i wlazł do budy.
Pimpek odszedł jeszcze tego samego tygodnia, tuż po moim wyjeździe. Gania podniebne zające ze swoim prawdziwym Panem, a zazdrosny wuj Albert smaga go rano jesiennymi wiatrami, chłoszcze letnią spiekotą.
A ja? - dzięki Pimpkowi zacząłem dostrzegać w tym lustrze, które mamy w sobie,
że świat nie kończy się na człowieku, tylko od niego zaczyna.





Facebook - komentarze




Chleb

Rumiane słońce rozpostarte nad wsią, wypełniające zapachem lipcowy poranek.
Pulchne ciasto wjeżdża do wielkiego pieca przycupniętego w rogu podwórka
pod słodkimi akacjami, we wtórze roześmianych głosów, plotek
mających skrócić oczekiwanie. Od aromatów kręci się w głowach,
pod błękity suną rozedrgane pasemka, kiedy wielkie bochny dzielone są
sprawiedliwie pomiędzy siebie, tak aby każdemu wystarczyło na długo.
I mnie na całe życie.


Żuraw, chlebowy piec
i trochę ptaków na niebie.
I biec, po prostu wbiec
w to wszystko za siebie

przed siebie.



Sarna

Jako młody chłopiec zabrałem się kiedyś jesienią na polowanie z wujem Albertem.
Razem z nami poranna mgła przeciągała się po wrzosowisku nakrapianym bielą brzeziny w zakolu sosnowego zagajnika, zanim w ciszy i spokoju wypłynęły z niej sarny, rudawe duchy spokrewnione z mgłą już tylko kłębkami własnych oddechów. Wuj wystrzelił i sarny na powrót rozpłynęły się niepostrzeżenie w mgielnych oparach, tak jak wcześniej się z nich wyłoniły. Została tylko jedna. Żyła jeszcze kiedy podeszliśmy, a z jej szeroko otwartych czarnych źrenic płynęły łzy.


jesienne wrzosy
w błyszczących oczach sarny
dziecięca buzia