Videohaibun


   Zwykłe, zewnętrzne lustro potrzebne jest człowiekowi do przeprowadzenia korekty sylwetki, uczynienia twarzy piękniejszą przynajmniej we własnych oczach. Wewnętrzne, o ile nauczymy się już zaglądać od czasu do czasu w głąb siebie, działa podobnie.
Mnie nauczyło brać poprawki na ból i cierpienie, krew niewidoczną do tej pory,
bo nikt mnie nie wychował w miłości do zwierząt.
Nie miał na to czasu, sam o tym nie wiedział... Pies to był pies, kot to kot - jak chmura,
lub pagórek wypełniające przestrzeń dla urozmaicenia.
Kiedy pojechałem po raz pierwszy na wakacje do wuja Alberta, brata ojca,
w budzie obszczekał mnie pies. Zwykły, żółty kundel. Nie żaden tam,
dajmy na to słynny wtedy serialowy Szarik - śliczny i mądry jak człowiek.
Nazwisko Pimpek też nosił idiotyczne i nawet nie miało numeru porządkowego,
choćby Pimpek 102, syn stopierwszego.
Serce Pimpka podbiłem, zabierając go co wieczór na przyleśne gonitwy za zającami po morzu  saradeli. Psisko przykładało się do tego tak, jakby pragnęło zdechnąć w biegu, z wywalonym o metr do przodu jęzorem. Zmęczeni kładliśmy się w ostatnich promieniach słońca, zasłuchani w odgłosy nadciągającej nocy. Potem Pimpek wracał na łańcuch.
Któregoś dnia miałem konflikt z miejscowym chłopakiem, starszymo parę lat. Wziąłem sobie do  pomocy Pimpka, ale tchórzliwie zrejterował i to było moją większą porażką od tej cielesnej.
Pimpka znalazłem schowanego w budzie. Wywlokłem go i przyłożyłem mu sznurkiem. Wtedy on mnie ugryzł. To ja znów go przez grzbiet, a Pimpek dziab! mnie w łydkę...
Wieczorem, jakby nic się nie stało, poszliśmy na łąki. Ganialiśmy zające, a potem oparci o siebie, długo odpoczywaliśmy w szumie zbliżającej się nocy. Rano znowu o coś nam poszło, chyba o to, że na widok wuja Alberta, Pimpek nawet na mnie nie spojrzał?
Próbowałem mu wyperswadować, kto teraz jest jego panem i jak wczoraj dyskusja zakończyła się na skomleniu i plastrach. Lecz, kiedy nadciągnął zmierzch, pomimo wcześniej rzuconych gróźb odwiązałem psa i już w zgodzie rozganialiśmy długouche wiatry.
Po latach, kiedy wróciłem na wieś, by wziąć udział w smutnej ceremonii zakopania w jesieni wuja Alberta, już po wszystkim poszedłem zajrzeć, jaki to nowy pies pilnuje teraz dobytku?
Pimpek musiałby mieć ze dwadzieścia parę lat, bo kiedyś już nie był młody. Zresztą, kto na wsi trzyma niepotrzebnego psa... To nie dom starości bezradnych zwierząt.
Przywitał mnie czarny, groźny wilczur wyszczerzonymi zębiskami i charkotem,
od którego nie tylko jemu jeżyła się sierść. I nagle, z wielkiej budy wyczołgał się... Pimpek!
Stare, półślepe psisko z wychudłą szczęką, która zadała mi tyle ran i skaleczeń.
Poznał mnie i na chwiejnych łapach podszedł polizać po ręku, a wtedy Nowy
z szacunkiem zostawił nas samym sobie i wlazł do budy.
Pimpek odszedł jeszcze tego samego tygodnia, tuż po moim wyjeździe. Gania podniebne zające ze swoim prawdziwym Panem, a zazdrosny wuj Albert smaga go rano jesiennymi wiatrami, chłoszcze letnią spiekotą.
A ja? - dzięki Pimpkowi zacząłem dostrzegać w tym lustrze, które mamy w sobie,
że świat nie kończy się na człowieku, tylko od niego zaczyna.





Facebook - komentarze



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz