* Sowa *

Sowa miała żółte, fosforyzujące źrenice.
Odbijały się w nich przedmioty wypełniające wnętrze stodoły,
a poza nimi wszystko zatonęło w ciemnościach
pozostawiając po sobie jedynie niewyraźne wraki dziennych kształtów -
blade kikuty przedmiotów wystające tu i ówdzie
z opalizującej, jak doskonale dojrzała czarna brzoskwinia, nocy.
Od unicestwienia razem z rzeczami chronił nas smak potu i zapach nagich ciał,
niczym maleńka wysepka zasnuta wonnymi mgłami świeżo skoszonego siana,
do której trzeba instynktownie dopłynąć przyspieszonym oddechem,
gwałtownym biciem serc i drżącymi opuszkami palców, jeśli chce się istnieć dalej.

Sowa patrzyła na nas jednym ze swoich wielkich, mądrych oczu,
zamykając przy tym drugie, i w lewym zawsze widoczna byłaś ty,
a w prawym odbijałem się tylko ja.
Tuląc się rozpaczliwie do siebie, wyrzuceni na brzeg wszelkiej oczywistości,
wdychaliśmy tę samą noc, a ptak mrugał i mrugał swoimi wielkimi oczami,
ciągle zapominając o jednym z nas.

- Dotknijmy jej... Dotknijmy, a wówczas otworzy obie powieki naraz
i będziemy widzieć się leżących obok siebie - szepnęłaś do mojego ucha,
a ja uniosłem się i delikatnie musnąłem dłonią skrzydło sowy.

Na chwilę ptak zamknął oczy i poczułem, jak twoje włosy zapachniały sianem,
a siano dookoła mnie i pode mną staje się twoimi włosami.
Wolno, jakby ktoś otwierał zamek w starych i rzadko używanych drzwiach,
sowa otwierała powieki. Kiedy wreszcie otworzyła je na oścież -
obie jej źrenice były puste.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz